Powieść w odcinkach o życiu bombajskiej ulicy. Rozdział 2 – ludzie

Ulica indyjska to jest kosmos.

Pewnie czytaliście już o tym na onet.podróże i pewnie moja opowieść i tak będzie daremna, bo to „opisane i przeczytane“ na temat Indii jeszcze bardziej różni się od „doświadczone na własnej skórze“ niż zazwyczaj.

Ale obiecałam, że napiszę, to napiszę.

Tym razem nie spodziewajcie się, że ten tekst będzie w jakikolwiek sposób uporządkowany.

Ulica indyjska jest, rzecz jasna, brudna. Śmieci, kupy, gruz, niezidentyfikowane szczątki. To jest codzienność. Oczywiście w różnym natężeniu. Np. w Breach Candy, gdzie mieszkamy – jednej z najbardziej ekskluzywnych dzielnic w Bombaju – śmieci i kup jest tylko trochę (czytaj: nie tworzą pagórków).

Za to w czasie monsunu chodniki są zdradzieckie. Zrobione z małych kwadratowych płytek, z których część jest ruchoma i oczywiście zawsze na taką trafisz. Jak nadepniesz na płytkę, to  wydobywa się spod niej wielki chlust i momentalnie masz całą nogę w brunatnej mazi z tysiącem ameb. Nie wiem do końca, jak to działa, że spod jednej małej płytki wydobywa się tak spektakularny chlust. Ot działa i już a ty przynajmniej częściej pierzesz swoje ubrania i jesteś dzięki temu zawsze świeżutki i pachnący.

Na chodniku dzieje się wszystko. Oprócz wspomnianych wcześniej krów, psów i kotów urzędują tu przede wszystkim ludzie. Siedzą, leżą, gotują, jedzą, przeglądają się w lusterku, czytają gazetę, śpią. Chodniki pełne są posłań. Kawałek koca plus jasiek w kwiatki to już dom. Czeka na właściciela, aż wróci z pracy. Bo większość tych ludzi, którzy mieszkają na ulicy, nie sprawia wrażenia żebraków. Słyszałam, że duża część z nich to po prostu mieszkańcy okolicznych wiosek, którzy pracują w Bombaju i nie opłaca im się codziennie wracać do domu, bo zajmowałoby im to w korkach 3 czy 4 godziny w jedną stronę. Zasypiają więc wieczorem, tam, gdzie stoją, każde miejsce jest dobre. W czasie monsunu ściśnięci pod ścianami budynków, tudzież pod wszelkimi dostępnymi arkadami i daszkami, a poza monsunem – gdziekolwiek. Pamiętam, jak podczas jednego z późnych powrotów do domu, w okolicach stacji Grand Road musiałyśmy niemal przekraczać śpiące ciała rozciągnięte w poprzek chodnika.

Przed pracą i po pracy,  właściciele koców i jaśków  robią to, co większość ludzi na świecie robi w swoich domach. Dziewczyna rozczesuje sobie rano włosy, na prowizorycznej kuchence bulgoczą gary z obiadem, ktoś się z kimś przekomarza (Hindusi uwielbiają się przekomarzać!), ze smartfona leci muzyczka, wieczorem gromadka dzieci ogląda ichniejszą wieczorynkę… na tablecie ustawionym na murku.Takie obrazki budzą niezdrową ciekawość jedynie w turystach. Dla miejscowych jest to zupełnie normalne.W związku z tym, jeśli zmęczysz się spacerem po mieście, możesz spokojnie uciąć sobie drzemkę na chodniku i nikt nawet na Ciebie nie spojrzy.  Chociaż w przypadku białasa może być inaczej… – trzeba sprawdzić zatem.

Oczywiście na ulicy kwitnie handel. Warzywa i owoce, street food, pucybuci, panowie sprzedający papierosy na sztuki, golibrody, elektronika – sprzedaż i serwis, możliwość zważenia się za 5 rupii, buty, ciuchy – wszystko to występuje pod postacią ulicznych straganów w niezliczonej ilości, wszędzie. Oczywiście trzeba się targować i być czujnym. Nigdy nie wiesz, kto jest dobry a kto zły. Czasem profesjonalnie wyglądający farmaceuta w ładnej aptece z kasą, paragonami itd. policzy ci 3 razy więcej za waciki a łypiący na ciebie nieufnym okiem pan z zapyziałego straganiku z warzywami  sprzeda ci wór pomidorów za miejscową cenę i wyda resztę co do rupii. (Ale w zasadzie o sklepach będzie jeszcze osobny rozdział. Wiecie, że tutaj pod domem mam indyjski „Jubilat“???)

Bardzo mocnym doświadczeniem na indyjskiej ulicy są zapachy. Intensywne i zmieniające się jak w kalejdoskopie  z każdym krokiem. Najpopularniejsze to: zapach indyjskiego jedzenia – zawsze wspaniały, zapach kupy, jaśmin, drzewo sandałowe, mentol, zapach zmokłego psa, zapach morza i nieświeżej ryby (popularny na Kolabie), zapach kwitnących kwiatów plus wszechobecne spaliny i smog. Mój nos nigdzie jeszcze nie był tak bombardowany jak w Indiach.

Zresztą nie tylko nos.

Cdn…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s