Diwali. cz.1.

p1140501
fot. samowyzwalacz

 

Długo nie pisałam. Oto dlaczego.

Po pierwsze było Diwali – święto światła. Czas, kiedy bogini Lakszmi schodzi na ziemię i obdarowuje Hindusów wszelkimi dobrami, a nas 10 dniami wakacji.  Po trzech wizytach na stacji, wypełnieniu formularzy i wybłaganiu pana z okienka o możliwość zakupu biletu powrotnego („W drodze absolutnego wyjątku…” „Robię to tylko dlatego, że chcę wam pomóc…”) udało nam się dostać emergency ticket* i wsiadłyśmy w pociąg z Bombaju do Jaipuru. Jedyne 17 godzin. Przed odjazdem sprawdziłyśmy jeszcze listę pasażerów, która zawsze wisi przyczepiona do pociągu i podaje ich imiona, nazwiska oraz wiek (!). Z rozpaczą stwierdziłyśmy, że 90% mężczyzn podróżujących  w naszym wagonie jest młodszych od nas średnio o 10 lat. Nadzieje na bollywoodzki romans w drodze umarły. Wolne miejsca były tylko w wagonie AC, więc zamarzłyśmy ale dojechałyśmy.

W Jaipurze wrzask, jazgot i kurz oraz rikszarze, którzy obsiadają cię jak muchy. Pamiętajcie, nigdy nie bierzcie kolesia, który jest najbardziej aktywny, najgłośniej krzyczy i strzela bon motami w stylu: Radżputowie są jak kokosy, twardzi z zewnątrz ale miękcy w środku.  Nie wiem, co nas podkusiło. Chyba jego stuningowana riksza we wszystkich kolorach tęczy. Nazwijmy go Cześkiem, prawdziwego imienia nie pomnę. Zgodziłyśmy się – o zgrozo – na objazd po mieście (najważniejsze zabytki), wycieczkę do niedalekiego Amber Fort, wizytę na local market (non turistik!) i wioskę słoni. Cóż. Zabytki jak zabytki – spoko. Wieża widokowa, szesnastowieczne obserwatorium astronomiczne, cmentarz maharadżów. Bardzo ładnie. Między jednym a drugim zabytkiem Czesiek  literalnie obsypał nas różami. No, no – pomyślałyśmy – zna się na biznesie! Fort Amber, niedaleko Jaipuru, robi wrażenie, ale wstęp do środka jest drogi, czasu było mało, a Czesiek reklamował zawzięcie wioskę słoni jako junik ekspiriens, więc obejrzałyśmy fort z zewnątrz i pojechałyśmy do słoni. Tu nastąpiła chwila mojej hańby. Wioska dziwna, jakaś taka za cicha i za porządna jak na Indie. Witają cię młodzi, przystojni wolontariusze w białych szatach, sadzają na ziemi, częstują herbatą i uduchowionymi głosami opowiadają o Australijczyku który postanowił stworzyć tu dla słoni bezpieczną przystań i uratował je przed niewolniczą pracą w turystycznym biznesie. Opowieść przeplatają komplementami na temat twoich oczu. Ja czułam się nieswojo już od samego początku, kiedy na przystrzyżonym trawniczku, 5 metrów od nas, zobaczyłyśmy dwie inne białaski zasłuchane i wpatrzone w innego uduchowionego wolontariusza w zwiewnej szacie. Niewyraźny smrodek fałszu unosił się w powietrzu. I mimo to, jakimś cudem, dałam się namówić na przejażdżkę na słoniu. Pierwotna cena półgodzinnej jazdy w dżungli była tak astronomiczna, że nawet po moim stargowaniu jej do połowy, mogę czuć się największym frajerem świata, że dałam się w to wmanewrować. Dżungla okazała się kilkoma krzaczkami na tyłach wioski a pół godziny skurczyło się do 10 minut. Słoń był za to prawdziwy. Czy szczęśliwy i zrelaksowany – trudno wyczuć. W każdym razie doświadczenie było tak dalekie od tego, co zazwyczaj robię w podróży, że po skonsumowaniu tej usługi turystycznej czułam się już tak kompletnie nieswojo, że pragnęłam jedynie jak najszybciej stamtąd uciec. Zarządziłyśmy więc powrót do miasta ale dałyśmy rikszarzowi jeszcze jedną szansę i pozwoliłyśmy się zawieźć na local market, który okazał się być jednym sklepem (oczywiście kolegi Cześka) z ciuchami i materiałami. Tu już na serio się wkurzyłam. Czesiek próbował ratować sytuację obwożąc nas po paru jeszcze innych sklepach, niemniej wszystkie były drogie a sprzedawcy niemili i ewidentnie nastawieni na oskubanie głupiego turysty, kazałyśmy więc wysadzić się w starym mieście – Pink City. Tutaj, o dziwo, jak się okazało, było najbardziej lokalnie i wszędzie rozkwitał najprawdziwszy, hinduski, przedświąteczny handel. Ryk klaksonów, wściekle migoczące lampki choinkowe, jakiś uporczywy nieprzerwany bit z rozstawionych wszędzie głośników i oczywiście kłębiący się ludzki tłum. Białych twarzy praktycznie żadnych, bo jaki turysta by wytrzymał w tym jazgocie? Ludzie kupowali plakaty i naklejki z bogami, wycinanki do robienia wzorków  z kolorowych proszków, kadzidełka, wieńce z kwiatów, knoty do świeczek, die* wszelkiego rodzaju, pachnące olejki itd. Kupiłyśmy i my.

Następnego dnia z rana wsiadamy w pociąg do Jodhpuru. Po 6 godzinach jesteśmy, a tam – cisza, spokój, nic się nie dzieje. Hostel mamy na starym mieście. Uliczka szerokości metra, cała zasrana, jakieś krowy, osły i kozy po drodze, stromo, riksza już tam nie wjedzie, pojedynczy ludzie przypatrują się  nam z okien w milczeniu. O to nam chodziło. Nasz hostel jest cały niebieski z zewnątrz i w środku. Obsługa z Nepalu, co oznacza, że nikt się tobą za bardzo nie przejmuje, na wszystko czekasz pół godziny i masz święty spokój. Na widok restauracyjki na dachu z widokiem na dżodpurski fort i żółwiami wygrzewającymi się między donicami z kwiatami dostałyśmy ekstazy. I pozostałyśmy w niej przez jeden dzień, spacerując po tych wąskich uliczkach, wśród niebieskich domów i zapyziałych sklepików, będąc obserwowanymi przez kompletnie zblazowane, wyliniałe psy. Choć ponoć gdzieś tam na dole,  w nowoczesnej części miasta też odbywał się przedświąteczny szał zakupów, wrzask, klaksony i bijatyki. Nie wiem. Nie sprawdziłyśmy. Jaipur, pod tym względem, w zupełności nas zaspokoił.

Cdn.

*emergency ticket – kupienie biletu na pociąg w Indiach, w okresie świątecznym graniczy z cudem. Jest specjalna, osobna pula dla zagranicznych turystów, ale nie kwalifikujemy się na nią, ze względu na to, że mamy wizę pracowniczą. To oznacza, że albo możemy rezerwować pociąg 3 miesiące wcześniej albo ryzykować i próbować dostać emergency ticket, który można kupić tylko dzień przed wyjazdem, jeśli w pociągu zostały jakieś wolne miejsca.

** dia – mała gliniana miseczka, do której wlewa się olej, wkłada knot i zapala. Die ustawia się przy wejściach do domostw, wzdłuż ulic, na gzymsach i balustradach. Oświetlają drogę bogini Lakszmi podczas Diwali.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s