Diwali cz.2

img_2220

A potem pojechałyśmy pociągiem do miejsca, gdzie kończą się tory kolejowe i jest już tylko pustynia.

Jaisalmer. Złote miasto. W samym jego środku fort z dwunastego wieku – wznosi się jeszcze dumnie, choć tu się trochę zapada a tam trochę obsunie. Dlatego większość turystów woli spać poza jego murami. Nie my, rzecz jasna. Bierzemy pierwszy lepszy hotel i idziemy się przejść.

Ze starożytnych murów emanuje spokój. Mimo, że to szczyt sezonu i ludzi jak mrówków, to wrażenie takie, że miejscowych nie bardzo to obchodzi. Niby naganiają, nawołują, targują się, biadolą, wrzeszczą – ale tak jakoś od niechcenia, tak rutynowo dość. W forcie, który wygląda jak scenografia do filmu o dżinach i latających dywanach, toczy się przede wszystkim zwykłe życie – w wąskich uliczkach rozsiane leżące krowy (bo już im się nawet stać nie chce), pod misternie zdobionymi gzymsami wisi pranie we wszystkich kolorach tęczy, przed starodawnymi wrotami do byłego pałacu jakiegoś maharadży – kupa plastikowych klapków.

W nocy zaś te wszystkie zakamarki i korytarze rozświetlają się diami. Jest to widok absolutnie wspaniały. Tak wyobrażam sobie scenerię baśni z 1000 i jednej nocy. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie cholerne petardy! Na każdym rogu kupa dzieciaków plus kilku wesołych wujaszków radośnie odpala te ustrojstwa, ignorując oczywiście wszelkie zasady bezpieczeństwa. Hindusi zachwyceni, białasy przezornie siedzą w hotelach. My przemykamy przez te petardowe skwerki z błędnym wzrokiem, zatkanymi uszami i sercami w gardłach co, rzecz jasna, dostarcza bachorom jeszcze większej radości. Chciałabym tylko wspomnieć, że ta zabawa trwa całą noc. 5 DNI Z RZĘDU. Nasz Sylwester to przy tym jakiś śmiech na sali.

Uciekłyśmy więc przed zgiełkiem na pustynię. To znaczy, jak dwie porządne stare ciotki, wykupiłyśmy safari na wielbłądach. 3 dni, dwie noce. Tylko nasz przewodnik i my. Tak nam się podobało w trakcie, że przedłużyłyśmy o jedną noc. Nic szczególnego w zasadzie się nie działo podczas tego safari i może to właśnie było najlepsze? Wstajesz o 7, zwijasz swoje łóżko, siadasz przy ogieńku, przewodnik Ci nalewa gorącego czaju, pogryzasz owsianką, pomagasz oporządzić wielbłądy, ładujesz się na swojego, próbujesz go zmusić, żeby wstał, on nie chce, ty go dalej zmuszasz, on dalej nie chce, trwa to 15 minut, w końcu wstaje. Jesteś bardzo z siebie dumna i z wdzięcznością poklepujesz wielbłąda po szyi. Myślisz sobie nawet, że to wspaniałe, że on cię tak słucha, że to początek pięknej przyjaźni między zwierzęciem a człowiekiem, w związku z czym dajesz mu nawet czapati z ręki na postojach. Wielbłąd jednak wie, że jesteś tylko chwilowym tobołkiem na jego grzbiecie i wcale cię nie słucha a twoje czapati ma głęboko w dupie. Jedyne co budzi jego respekt, to medżik stik naszego przewodnika Khana. Khan swoją drogą jest uroczym człowiekiem. Spokojny, zawsze uśmiechnięty, skory do żartów. W czasie postojów uczy mnie jak parzyć czaj i lepić czapati i opowiada nam o swoim życiu. O żonie i trójce dzieci, o tym, że najstarsze chodzi do szkoły w mieście, na resztę już nie ma kasy,  że w wiosce co prawda jest szkoła, ale prowadzona przez wolontariuszy, więc zajęcia nie odbywają się regularnie, poza tym poziom jest słaby, opowiada o tym, jak został ożeniony przez rodziców w wieku 15 lat, jak swoją żonę zobaczył pierwszy raz na ślubie, jak zaczął się zajmować wielbłądami, co pozwoliło mu zarabiać niezłą kasę ale powoduje, że nie widzi rodziny przez pół roku, jak nauczył się angielskiego od turystów mimo, że nie potrafi czytać ani pisać, o tym, jak to w dzisiejszych czasach dziewczynki są rzadkim towarem, w związku z tym, nie wystarczy już parę wielbłądów, żeby znaleźć dobrą żonę dla syna…. Zaprzyjaźniłam się z Khanem w ciągu tych trzech dni. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze go odwiedzić, a może i pojechać do jego wioski i zostać dłużej? Kto wie.

Tymczasem przemierzaliśmy pustynię, zatrzymując się w maleńkich wioskach, gdzie obsiadały nas dzieciory i dostawały ekstazy, kiedy grałam z nimi w łapki, zrobiliśmy wielbłądzie wyścigi, podczas których my dostałyśmy ekstazy i tak się darłyśmy, poganiając nasze wierzchowce, że w końcu posikałam się ze śmiechu (serio), próbowałyśmy jazdy na oklep, i na siodle pustynnym (kilka wiechci plus sznurek), gotowałyśmy razem z Khanem obiad na ognisku, wieczorem pomagałyśmy wiązać nogi wielbłądom, żeby za daleko nie odeszły, a rano i tak szukałyśmy ich razem z Khanem przez pół godziny, zasypiałyśmy pod gwiazdami i budziłyśmy się zaraz po wschodzie słońca… Absolutnie najlepsza część mojego Diwali.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s