Pociąg

Tym razem nie poszczęściło mi się w okienku dla foreignersów, moja employment visa została zdemaskowana.* Zostałam odesłana do kilometrowej kolejki po token, z którym następnie miałam się zgłosić do odpowiedniego okienka. Upłynęło 150 numerków, nadeszła wreszcie moja kolej, po to tylko, abym dowiedziała się, że pociąg jest wypchany po brzegi i nie ma szans na bilet. Stwierdziłam więc – dobrze. Pojadę bez biletu. Mogłam niby jeszcze zdecydować się na autobus, ale jest 2 razy droższy niż pociąg, jedzie 2 godziny dłużej i ostatnio spóźnił się 3 godziny (co daje podróż 15 godzinną) stwierdziłam więc, że jedyne 10 godzin w pociągu brzmi lepiej i zawsze to łatwiej rozprostować nogi albo się przejść.

Oczywiście źle obliczyłam czas, nie wzięłam pod uwagę korków, wpadłam więc na Victoria Station w ostatniej chwili. Tłumy kłębiące się przed kasami pozbawiły mnie nadziei nawet na general ticket*. Poleciałam na peron. Jak tylko zobaczyłam pociąg, stwierdziłam że nie jest dobrze. Ludzie wylewali się z drzwi i okien jak kisiel kipiący z garnka i zupełnie nieskutecznie próbowali jakoś upchnąć się w środku. Taka sytuacja panowała we wszystkich seaterach* i sleeperach* pobiegłam więc do AC*. Tam pusto, przyjemnie, chłodno. Ale wiedziałam, że mnie wkrótce wywalą. Zajęłam więc strategiczne miejsce w korytarzu na styku AC i sleepera. Kiedy pociąg już ruszył, pan z obsługi kilkakrotnie perswadował mi, żebym poszła do sleepera skoro nie mam biletu, ale na moje pytanie „How?” i pokazywanie kotłującej się masy ludzkich rąk, nóg i tułowi, przyznawał, że to niespecjalnie możliwe. W końcu chyba postanowił, ze będzie się mną opiekował. Pozwolił mi zostać w korytarzu AC i po wielu wrzaskach i przepychankach zatrzasnął blaszana zasłonę, która oddzieliła klimatyzowaną część pociągu od bulgoczącego ludzkiego kisielu w sleeperze.

Potem na kilku bombajskich stacjach nastąpiły przetasowania, jacyś ludzie wsiadali, inni zmieniali wagon, blacha szła w górę, pan z obsługi na wszystkich wrzeszczał, przeskakiwał po walizkach do sleepera i upychał tam jeszcze więcej istnień ocierając chustką pot z czoła; to znowu blacha zatrzaskiwała się, trzeba było trochę postać, trochę przykucnąć, przesunąć się, wciągnąć brzuch, wytrzymać nacisk czyjegoś łokcia na klatce piersiowej, ktoś się pchał, ktoś krzyczał, ktoś przygniatał nogę walizką. Przyjęłam strategię „na głaz”- ze stoickim spokojem tkwić w miejscu cokolwiek by się nie działo. Potem się uspokoiło, wszyscy jakoś się upchnęli i rozlokowali. Do naszego korytarza przybyli policjanci, jechali z nami chwilę, dziwili się, że pani od fortepianu jedzie na Goa 10 godzin w kucki bez biletu, ale byli bardzo mili, jeden wziął numer, że niby chciałby się uczyć grać (tak, ciągle do mnie pisze). Pan z obsługi (Amar) co chwila chodził do części sypialnej z miną wielce ważną, tych wyganiał z miejsca, tamtych przesadzał, jeszcze innych przyprowadzał i pakował do drewnianej skrzyniotrumny obok kibla, gdzie dało się wyciągnąć nogi. Dla mnie zorganizował siedzisko na jakichś worach, które przykrył kocem i co jakiś czas porozumiewawczo do mnie mrugał. Był wielce zachwycony, jak poprosiłam go o łyk wody (dziwnym trafem wszyscy sprzedający gdzieś zniknęli, na stacjach też nikogo nie było) a potem poczęstował mnie nawet mango (przy okazji dowiedziałam się, jak zjeść mango, jak nie masz noża.) Obok mnie na siedzisku upchnął najpierw starego muzułmanina, który zaraz  wyciągnął Koran i zaczął śpiewać wersety rzewnym głosem, potem zaś – po przetasowaniach – wielkiego Hindusa z wąsem, który zajął 80% miejsca, więc tak czy owak musiałam siedzieć skulona. A potem przyszedł konduktor i trzeba było zapłacić karę za jazdę bez biletu (770 rupii) Jak już sobie poszedł, wszyscy byli bardzo uradowani a Amar błyskał białym zębem w uśmiechu. Potem przez chwilę nic się nie działo a mnie udawało się nawet czasem zdrzemnąć w tym moim skuleniu. Po kilku godzinach przyszedł inny konduktor. Jakiś groźniejszy (bo tamten poprzedni to był podobno konduktor ze sleepera, a ten nowy z AC). Zrobił się raban, afera, ktoś zaczął machać rękami, ktoś podniósł głos. Amar bardzo szybko coś konduktorowi  tłumaczył. Koniec końców głośno protestującego muzułmanina wywalili do sleepera a mnie zostawiono w spokoju. Okazało się otóż, że za jazdę przedziałem AC, w którym się znajdowałam przysługuje dwa razy wyższa kara niż ta, którą zapłaciłam, ale z racji na to, że jestem foreigner i na dodatek lady i że India welcome foreigners – pozwolono mi jechać tymże przedziałem za niższą karą. Alleluja! Było mi żal muzułmanina, ale już się nauczyłam, że w Indiach nie dyskutuje się z zastanym porządkiem społecznym w takich sytuacjach. Kiedy już świtało Amar znowu wywalił kogoś z trumny i powiedział, że teraz ja mogę się zdrzemnąć. Jeszcze nigdy nie było mi tak wygodnie na desce. Zasnęłam od razu. Po dwóch godzinach  zostałam obudzona i poczęstowana czajem. Zbliżaliśmy się do mojej stacji.

IMG_0774
No i z tego wszystkiego zrobiłam zdjęcie jedynie muzułmaninowi, jak się zaczytał…

*W Indiach dla turystów jest przewidziana specjalna pula biletów. Wyłącznie dla tych, którzy mają wizę turystyczną. Kilka razy (przez nieuwagę albo może sympatię kasjera?) udało mi się z niej skorzystać.

*general ticket – bilet na pociąg bez miejscówki

*seater – wagon z miejscami do siedzenia

*sleeper – najtańsza klasa sypialna, odpowiednik rosyjskiej plackarty

*AC – wagon sypialny, klimatyzowany

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s